JAROSŁAW CISZEK

Czyż nie dobija się koni?

Reżyseria: Wojtek Rodak     Teatr: Akademia Sztuk Teatralnych im. S. Wyspiańskiego w Krakowie
Data publikacji: środa, 13.05.2026

Ocena:   6/10

Czyż nie dobija się koni?

Pamiętam, że kiedy przeczytałem książkę "Czyż nie dobija się koni?" Horace’a McCoya bardzo mnie ona poruszyła. To było pewnie ponad 20 lat temu, ale to doświadczenie jest we mnie dość żywe. Niedługo później zobaczyłem też spektakl w Teatrze Zagłębia w Sosnowcu (spodobał mi się). Tym bardziej ucieszyło mnie zaproszenie od Akademii Sztuk Teatralnych w Krakowie na spektakl dyplomowy zrealizowany na podstawie tej powieści i wyreżyserowany przez Wojtka Rodaka.

Akcja książki dzieje się w czasach wielkiego kryzysu, kiedy dla rozrywki organizowano maratony taneczne. Młodzi ludzie przez wiele dni niemal bez jedzenia i spania tańczyli ku uciesze bogatych. Wygrywali najwytrwalsi, motywowani możliwością wygrania paru dolarów, a mówiąc wprost - motywowani głodem i chęcią polepszenia swojego statusu życiowego. Odpowiedzialni za scenariusz i dramaturgię Jacek Niemiec, Zuzanna Pytel i Wojtek Rodak przenoszą akcję do dzisiejszego świata i czynią z tanecznego maratonu mordercze reality show o wdzięcznej nazwie "Rave to the grave".

Zasadniczo to dobry pomysł - internetowe wyzwania w czasach social mediów jest wiarygodne (aż dziw, że nikt na to nie wpadł), a uwspółcześnienia w większości spójne i trafne. W galerii postaci mamy m.in. kierowcę Ubera, popularną influencerkę, zbuntowaną córkę bogatych rodziców chcącą zmienić swój los, kobietę w ciąży i jej partnera, a także demonicznego prowadzącego - człowieka ze społecznego awansu, cynicznego gracza. Dowiadujemy się, że tancerzy na początku była setka, teraz została ich ósemka. Tu zaczyna się pewien problem - powinni być wycieńczeni, a jednocześnie by ktokolwiek chciał ich wyczyny na parkiecie oglądać, powinni dawać tam z siebie wszystko (mimo zmęczenia). Tymczasem bohaterowie po parkiecie w większości ledwie się snują, a w przerwach (15 minut na godzinę, jak precyzyjnie informuje prowadzący) spokojnie toczą ze sobą filozoficzne rozmowy. Trochę za mało w tym tańcu tańca - są wprawdzie dwa intensywniejsze momenty, ale i one choreograficznie wypadają raczej blado. Pada tu za to bardzo dużo słów. Mnożą się one aż do kompletnego znudzenia publiczności. Bardzo często (chyba nawet zwykle) mówię, że spektaklowi dobrze zrobiłby skrót. Ale z tych trzech godzin naprawdę można by bez wielkiej straty wyciąć jakąś połowę, dynamizując akcję. Ciekawym wyzwaniem byłoby też na przykład w kolejnych godzinowych sekwencjach różnicowanie tanecznych zadań - tańczenie klasycznie lub współcześnie, solo lub w duetach, odtwarzanie choreografii lub jej tworzenie. Tylko wówczas program mógłby liczyć na prawdziwą widownię, ale i my, widzowie mielibyśmy perspektywę większego zaangażowania młodych aktorów. Nie do końca podobały mi się też projekcje z innych niż scena części studia (np. garderób) - mam wrażenie, że lepiej byłoby ustawić scenografię tak, byśmy mogli z aktorami obcować rzeczywiście przez cały spektaklowy czas, by nie mieli oni jak ich bohaterowie żadnej prywatności i chwili wytchnienia od obserwacji. A tymczasem grając - doprowadzone do ostateczności i na skraj wyczerpania  - postaci sami dostali spektakl fizycznie wymagający w gruncie rzeczy niewiele (nawet porównując z ostatnio oglądaną przeze mnie w AST "Magiczną raną"). Poza tym kotarowa scenografia autorstwa Marty Szypulskiej, która odpowiadała także za kostiumy, robi dobre wrażenie.

Aktorzy radzą sobie naprawdę dobrze, choć są pewne nierówności. Ale jak to przy dyplomach - zwróćmy uwagę na pozytywy. Znakomicie wypada Marcin Mróz jako Mario. Choć w I akcie nie ma w zasadzie nic do zagrania, kiedy już dochodzi do rozwinięcia jego wątku wypada w tym naprawdę świetnie. Także Samuel Dorobisz jako Joel w scenach z Mariem wypada znakomicie. Im bardziej jego bohater opada w zmęczenie i przejmują nad nim władzę używki, tym jest lepszy. Także Julian Boduszek jako James miał znakomity finał swojego wątku i wypadł w tym naprawdę świetnie. Wzrusza mnie ta przeciętność postaci Roberta w wykonaniu Piotra Tulei, jego filmowe aspiracje i marzenia. Przekonująco, choć chyba zbyt mało mrocznie wypadła Gloria Oliwii Durczak (choć zakończenie ich wątku w projekcji, pozbawione też kontekstu sądowego, wydało mi się nieco zbyt słabe). Jako prowadzący Błażej Szymański bywa demoniczny niczym Mistrz Ceremonii z "Cabaretu", to znów przerażony, gdy program zaczyna się sypać. Dobrze ze swoimi rolami poradziły sobie także Karolina Baster (Ruby), Wiktoria Bylinka (Lilian) oraz Oliwia Helena Zajdler (Alice).

Szkoda tylko, że w całości rozcieńczono tak mocno akcję i emocje, że nie pozwolono temu spektaklowi wybrzmieć z pełną siłą. Tym bardziej, że aktorzy najlepiej sprawdzali się właśnie w tych dramatycznych i intensywnych momentach. A młodym aktorom oczywiście kibicuję i życzę wielu wspaniałych ról oraz by nigdy nie musieli się w swoich działaniach upadlać i sprzeniewierzać sztuce na rzecz łatwego zarobku. Czy nawet nie łatwego, jak w tym spektaklu, ale jednak schlebiającego niskim gustom. A jeśli kogoś spektakl skłoni do sięgnięcia po książkę (naprawdę niewielką objętością, taką na jeden wieczór) to będzie znakomicie. Bo te refleksje o granicy upodlenia się i drugiego dla rozrywki mas w dzisiejszych czasach są jeszcze bardziej aktualne.

Ocena spektaklu: ⭐⭐⭐⭐⭐⭐/10
(cenzura plakatu na zdjęciu zamierzona - ze względu na ograniczenia algorytmów, głównie na FB oraz IG)


Recenzja wideo:


Galeria: