JAROSŁAW CISZEK

Poganie

Reżyseria: Weronika WERUSHA Kowalska     Teatr: Akademia Sztuk Teatralnych im. S. Wyspiańskiego w Krakowie
Data publikacji: niedziela, 06.09.2026

Ocena:   9/10

Poganie

Jak dobrze zacząć kolejny sezon od stu minut słowiańskiego transu! Jak dobrze, że mity ożywają, a niesione przez pokolenia doświadczenia znajdują ujście w hipnotyzującym rytuale. Jak dobrze przypomnieć sobie, że jest w naszych losach pewna powtarzalność i stałość. A przecież na spektakl "Poganie" - dyplom IV roku studentek i studentów specjalności wokalno-aktorskiej w krakowskiej AST - szedłem raczej sceptyczny. Jakoś niespecjalnie poruszają mnie prasłowiańskie wierzenia i celebracje. Nie porwał mnie też początek - spektakl rozwija się dość wolno, wodzi nas za nos niczym strzygi i topielice. Ale potem chwyta za gardło i ani się obejrzymy, a już nasze myśli kołyszą się w rytm wybijany na wielkim bębnie.

Na stronie AST czytamy: "Punktem wyjścia są motywy zaczerpnięte z kultury słowiańskiej: legendy, postaci demonologii ludowej, dawne praktyki wspólnotowe, obrzędy przejścia oraz pieśni, które przez wieki porządkowały ludzkie doświadczenie narodzin, życia i śmierci. Twórców interesuje jednak nie historyczna rekonstrukcja, lecz żywotność tych form, ich zdolność do opowiadania o współczesnym człowieku". Spektakl ten stworzony jest jako misterium, a to wymyka się kryteriom szkiełka i oka. Możemy wprawdzie - jak mickiewiczowski mędrzec, wysilając szkiełko i oko - stwierdzić, że paralela "między dawnymi i młodszymi laty" zarysowana jest dość wątle, że pokazane dzisiejsze historie są raczej oprawione dawnymi pieśniami i rytuałami, niż nimi tłumaczone, ale... jakoś nie wypada. Czucie i wiara tych młodych aktorów u początku ich drogi przemawiają do mnie na tyle mocno, że wkręcam się w słyszane historie, zanurzam w pieśniach i chłonę rytualne widowisko całym sobą. Czas biegnie gdzie indziej - gdzieś tam wśród tramwajów, turystów, hejnałów, kościołów, barów i tłumów. Tu dzieje się magia, a teatr wraca do swoich początków. To naprawdę wyjątkowe doświadczenie, które wyczarowali nam twórcy na czele z WERUSHĄ - Weroniką Kowalską (reżyseria, scenariusz, muzyka i aranżacja) i współtworzącą scenariusz Patrycją Babicką.

Przy spektaklach dyplomowych często chwaliłem energię i siłę, z jaką grają młodzi. I tym razem nie jest inaczej - pełne zaangażowanie, znakomita kondycja i głęboka wiara w kreowany świat. Wiara, która zaraża i porywa publiczność. Jak oni tańczą, jak grają na instrumentach, jak śpiewają białym śpiewem... Najbardziej zaczarowała mnie Weronika Stankiewicz (Żywia)i jej historia dziewczyny "w czapce urodzonej" i bojącej się swojej samotności. Z emocjonalnej opowieści przebijał subtelny i delikatny humor. Podobnie w opowieści Orecha, którego znakomicie kreował Filip Owczarek. To, jak brzmiały niektóre piosenki w wykonaniu Zuzanny Piotrowskiej (Nawojka – szeptucha) to jakiś absolutny i niedosiężny kosmos, którego jednak doświadczyliśmy, choć w scenach aktorskich, zwłaszcza na początku, dociskała zdecydowanie za mocno. Za krótka niestety była historia Ludmiły granej przez Aleksandrę Płatek. A wielka szkoda, bo aktorka też ujawniła swój ogromny potencjał. Zresztą scena jej "łapania" przez mężczyzn to moim zdaniem najlepszy moment w spektaklu (choć konkurencja jest spora). Oczywiście na pochwałę zasługuje też nadający - dosłownie - rytm całemu spektaklowy Jan Wróbel (Bezprym - szaman). Zapomniani bogowie i dawne duchy mają dziś bardzo młode twarze.

To, że ludowe pieśni i instrumenty brzmią znakomicie nie dziwi, ale jeszcze nigdy nie słyszałem tak pięknie tworzącego spektakl ziajania, dyszenia i oddechów. Urzekają od początku i dodają niezwykłej magii. Na ogromne uznanie zasługuje choreografia Wojciecha Dolatowskiego - głęboka, magiczna, tajemnicza, a jednocześnie subtelna. Ma pan Wojciech niesamowitą zdolność odciskania głębokiej pieczęci na wszystkim, za co się bierze - nie tylko spektakle, w których gra, ale także jak widać te, które współtworzy. Wizualną stronę widowiska dopełniają kostiumy i scenografia Julii Nowak (znakomita słoneczna brama), piękna gra świateł Moniki Stolarskiej oraz używane subtelnie i z umiarem projekcje Piotra Bontrona.

"Dawne pieśni rodziły się podczas pracy, żniw, wesel, czuwań i pogrzebów, należały do ludzi zgromadzonych wokół wspólnego doświadczenia. Spektakl podejmuje próbę przywrócenia tej funkcji pieśni. Śpiew staje się przestrzenią spotkania, radości, smutku, współodczuwania i wzajemnego porozumienia" - czytamy dalej w opisie spektaklu. Rzeczywiście podczas tego przedstawienia zaproszeni jesteśmy do wyjątkowego, wspólnego wydarzenia, którego język jest uniwersalny. To zresztą byłby ciekawy eksperyment, gdyby pokazać ten spektakl osobom z zupełnie innych kultur i nie mówiącym w języku polskim. Jestem pewny, że dotyka on prawd na tyle uniwersalnych, że większość z nich udało by się poczuć. Bo czucie może być ważniejsze niż rozumienie. Dziękuję, drodzy Twórcy, że mi to przypomnieliście w wielkim stylu na początku tego sezonu!

Ocena spektaklu: ⭐⭐⭐⭐⭐⭐⭐⭐⭐/10

Jeśli moja recenzja na coś Ci się przydała i cenisz sobie niezależny głos mówiący o teatrze z perspektywy zwykłego widza zapraszam do postawienia mi wirtualnej kawy klikając w link: https://buycoffee.to/kulturalnykonferansjer. Nawet kilka złotych stanowi dla mnie ogromną motywację i wsparcie. Zachęcam też do obserwowania moich profili na Facebooku, Instagramie oraz YouTube. Dziękuję, że tu jesteś! Do zobaczenia na teatralnych szlakach lub Twoim wydarzeniu, które mogę poprowadzić.


Recenzja wideo:


Galeria: