Czarownice
Reżyseria: Jakub Szydłowski Teatr: Krakowski Teatr Variété
Data publikacji: wtorek, 21.04.2026
Ocena: 7/10
"Czarownice" to niewątpliwie jedna z najgłośniejszych musicalowych premier tego roku w Polsce i pierwszy spektakl, który Jakub Szydłowski napisał i wyreżyserował jako dyrektor artystyczny krakowskiego Teatru Variete. Oczekiwania były ogromne (podsycane przez dobry sztab marketingowy krakowskiej sceny), a tematy polowania na czarownice i procesy z Salem - wciąż żywe w popkulturze - dawały nadzieję na ciekawe widowisko. Jaki spektakl powstał? Zdania są podzielone, ale moim zdaniem udany, wciągający, angażujący i - choć ciężko nazwać go przełomowym - na pewno wart obejrzenia.
Moją największą obawą był rozmiar sceny w Variete, który skutecznie ogranicza inscenizacyjne możliwości. Jednak będąc na premierze, chyba po raz pierwszy nie miałem wrażenia, że scena ta jest za mała. Udało się zmieścić na niej zgrabną scenografię (autorstwa Grzegorza Policińskiego) - może nie zachwycającą, ale na pewno wystarczającą i stanowiącą godną oprawę (choć piękne omszałe drzewo wychodzące w publiczność nie doczekało się godziwego ogrania). Dekoracje uzupełniają animacje, których autorzy to Zachariasz Jędrzejczyk i Veranika Siamionava. Swoją drogą Policiński odpowiada też za reżyserię światła i na tej kanwie mała dygresja: skąd we współczesnym teatrze tak ogromne namnożenie planów świetlnych? Mamy jedną scenę, dziejącą się w jakimś tam rzeczywistym czasie (trwającą na przykład kwadrans) i jednej, określonej, prawdziwej przestrzeni. A światło w jej trakcie potrafi zmienić się cztery razy, co zawsze skutecznie wybija mnie z toku logiki wydarzeń (nie wiem czy też tak macie, musiałem się podzielić). Co do kostiumów Magdaleny Dąbrowskiej - są dobre, jednak oglądając spektakl z ostatnich rzędów nie mogłem ich w pełni docenić, a postaci trochę mi się plastycznie zlewały. Całość oprawy plastycznej odnosi nas wprost do XVII wiecznego Salem.
Muzyka Jakuba Lubowicza jest naprawdę świetna, brzmi różnorodnie i choć dużo tu dialogów nieśpiewanych (słyszałem komentarze, że za dużo), to wyczekujemy kolejnych taktów, które zagra na żywo orkiestra (ukryta za szybami z boku sali - na tyle wysoko, że z dołu niemal niewidoczna). Choreograficznie nie dzieje tutaj zbyt wiele - układy Jarosława Stańka są raczej zachowawcze, choć takie sceny jak pierwsze przesłuchanie wyglądają naprawdę dobrze. Na scenie zabrakło miejsca dla zespołu baletowego i układy wykonują sami aktorzy, co na pewno miało wpływ na charakter i intensywność choreografii.
No i wreszcie przechodzimy do Jakuba Szydłowskiego - autora libretta i reżysera. Za kanwę wydarzeń wziął on znaną większości, choć nie w szczegółach, historię rzekomych opętań, w których miało dochodzić pod koniec XVII wieku w Salem. W wyniku psychozy i kolejnych oskarżeń o czary śmierć poniosło wielu niewinnych, a całość tragedii prawdopodobnie zaczęła się od dziecięcej nudy. Szydłowski starał się dość dobrze oddać realia epoki i miejsca oraz relacje między bohaterami, noszącymi przynajmniej w części oryginalne nazwiska znane z historii, jednak na tym etapie pojawia się nieco dłużyzn (cały spektakl wraz z jedną przerwą trwa 3,5 godziny, a w kuluarach mówi się, że miał być jeszcze dłuższy). Na ile pobieżnie zapoznałem się ze źródłami przechodzimy dość wiernie kolejne etapy historii (zachowano nawet oryginalny sposób uśmiercania, czyli powieszenie, a nie, jak kojarzy nam się powszechnie spalenie na stosie. Swoją drogą chyba można jednak było w tej scenie nieco bardziej podziałać na wyobraźnie - zdecydowano się jednak na prostotę). Chyba nawet zbyt wiernie, bo ginie gdzieś w tym wszystkim logika działań. To, że coś się wydarzyło naprawdę, zwłaszcza 300 lat temu, nie znaczy iż będzie w pełni wiarygodne pokazane na scenie. Logika postaci i gwałtowna przemiana młodych dziewcząt w wyrachowane morderczynie oraz pełna wiara, jaką obdarza ich sąd, nadto pokazane rytuały prowadzone przez Titubę, której równie szybko dano wiarę - to wszystko wygląda nieco podejrzanie z perspektywy widza i powinno być lepiej wyjaśnione. No i same czary, których w rzeczywistości nie było, tu jednak jawią się jako dość konkretne igranie z losem. Do tego sam finał spektaklu to klasyczne "Deus ex machina", bo maszyneria śmierci rozpędza się, by nagle po prostu powiedzieć "dość". No i jeśli już kontynuujemy litanię zarzutów - nie jestem szczególnym orędownikiem politpoprawności, ale w kontekście Tituby można chyba mówić o przywłaszczeniu kulturowym i stereotypizacji osób czarnoskórych, zwłaszcza w kontekście premierowej obsady. Taka uwaga pojawiła się w komentarzu na facebookowym profilu teatru, ja też miałem w trakcie spektaklu wątpliwości nie tyle krytykując ile zastanawiając się, czy takowa krytyka się pojawi. Może można by też w poincie pokusić się o jakieś mocniejsze nawiązanie do aktualności tej historii, która jest znakomitą przestrogą przed pochopnymi sądami i wyrokami, a nie tylko krytyką kościelnych instytucji i "ciemnego ludu" (swoją drogą nie wiem czy dobrze odczytałem intencje, ale czy w tekście Betty wypowiedzianym po utracie przytomności zarzuca ona swojemu ojcu-pastorowi jakieś niecne skłonności, których nazwanie mogłoby zmniejszyć zasięgi tekstu? Poruszyło mnie to trochę, a jakoś nie doczekało się kontynuacji).
Były zarzuty, co więc się udało panu Szydłowskiemu? Na pewno stworzono fantastyczny klimat, piosenki są znakomite, a aktorzy wypadają w swoich rolach świetnie. Mnie się spektakl nie dłużył i przymykając oko na pewne nielogiczności, naprawdę dobrze się bawiłem. Nie nastawiając się na spektakl, który odmieni oblicze polskiego musicalu można po prostu cieszyć się dość solidną musicalową robotą, choć nie bez mankamentów.
Na pochwałę zasługują aktorzy z obu obsad (byłem na sobotniej premierze, ale na niedzielnej miałem swojego zaufanego i zacnego człowieka, który doniósł mi, że obsady są równe, grają spójnie i w równej mierze zasługują na pochwałę, co niniejszym czynię). Mnie najbardziej podobał się rodzinny duet Proctorów czyli ojciec John w wykonaniu Pawła Mielewczyka (dublura Rafał Drozd), syn William grany przez Jakuba Cendrowskiego (dublura Wojciech Melzer), a także matka, w którą wciela się Katarzyna Kanabus (dublura Agata Bieńkowska). Szczególnie te męskie głosy mnie urzekły - ich duet z II aktu jest przepiękny, ale też aktorsko ta ojcowska "opryskliwość", pewne wykluczenie, a jednocześnie zaanagżowanie syna, gdy wychwala zalety swojej ukochanej - cudowności Panowie! A ta piosenka tuż przed śmiercią Johna? Wspaniała! Ciekawym zjawiskiem był duet Mielewczyka z grającą Abigail Julią Totoszko (dublura Marta Tchórzewska) - chyba pierwszy raz miałem tak, że słyszałem dwa znakomite, czyste głosy, które jednocześnie były tak bardzo niedopasowane, że całość mnie irytowała. Poza tym Pani Totoszko ze swojej roli wywiązała się znakomicie. Małgorzata Chruściel zachwyca jako Tituba, bo ma wspaniałe warunki głosowe, a i znakomite songi do wyśpiewania (dublura Sylwia Achu). Niezwykle podobał mi się też Jakub Szyperski (dublura Janusz Kruciński) jako przybyły do wioski pastor Hale, zwłaszcza jego biblijna piosenka. Dużo do zagrania ma jako Betty Parris młoda Inka Michalik (dublura Gabriela Wójcicka). Po raz kolejny udowadnia ona, że czuje scenę znakomicie i ma szansę wyrosnąć na znakomitą aktorkę, bo zachwyca zarówno głosem, jak i umiejętnościami. Jak zawsze znakomicie wypada też Paweł Erdman, choć tej postaci brakuje jakichkolwiek niuansów (dublura w roli Danfortha epizodzie jako lekarz Tomasz Steciuk). Świetna w roli wyklinającej wszystkich Sary (dobry wątek komediowy nieco przełamujący ciężki klimat) jest Natalia Kujawa (dublura Justyna Kokot), bardzo solidną i tragiczną postać pastora Parrisa zagrał Grzegorz Pierczyński (dublura Krzysztof Cybiński). Chyba najmniej podobał mi się Ezekiel w wykonaniu Filipa Rogowskiego (dublura Filip Bieliński), który nieco zbyt się zagrywał, choć sama postać jest też dość karykaturalnie napisana. Obsadę dopełniają bardzo dobre w swoich rolach Karolina Gwóźdź (dublura Kamila Najduk), Sylwia Chludzińska (dublura Anita Steciuk), Karolina Szeptycka (dublura Justyna Schneider), Emilia Batko (dublura Magda Kusa), Paulina Mróz (dublura Maria Cynk-Mikołajewska), Justyna Cichomska (dublura Agata Nowakowska) i Misia Otczyk (dublura Aleksandra Rowicka).
Nawet jeśli oczekiwania były nieco większe i nawet jeśli nie wszystko się udało, to wciąż uważam "Czarownice" za produkcję dobrą i wartą zobaczenia. Kibicujmy polskim, autorskim musicalom i doceniajmy rodzimych twórców, którzy chcą robić coś więcej niż kopiować hity z USA czy Wielkiej Brytanii. No i przejmijmy się tą historią i łatwością, z jaką do dziś feruje się wyroki, na podstawie niesprawdzonych oskarżeń. Nawet jeśli nie chodzi o wyrok powieszenia, a jedynie medialny lincz na jakiejś osobie.
Ocena spektaklu: ⭐⭐⭐⭐⭐⭐⭐/10 (bliżej 7,5)
