Tosca
Reżyseria: Julia Pevzner Teatr: Opera Krakowska
Data publikacji: wtorek, 28.04.2026
Opera Krakowska nie ustaje w próbach zrobienia ze mnie wielbiciela sztuk klasycznych i jestem jej za to bardzo wdzięczny. Po znakomitym balecie do "Requiem" Mozarta tym razem zaproszono mnie na premierę "Toski" Giacomo Pucciniego - jednego z najczęściej granych przedstawień operowych na świecie. Zbyt mało znam się na operze, by rzetelnie ocenić aspekty wokalne i muzyczne, nie mniej choć do opery byłem nastawiony sceptycznie, dałem się porwać tej historii i inscenizacji. I jest w tym jakiś chichot losu, albo po prostu realizacyjny talent twórców.
Przedstawiona historia jest w zasadzie prosta - bogobojna tytułowa bohaterka kocha niekoniecznie wiernego malarza Mario Cavaradossi, o co zazdrosny jest szef tajnej policji baron Scarpia. Korzystając z tego, że Cavaradossi podejrzany jest o ukrywanie zbiegłego więźnia, postanawia go uwięzić i torturować, zmuszając Toscę by mu się oddała. Historia niestety nie posiada happy endu, bo choć Tosca zabija Scarpię, ten wbrew obietnicom nie zapewnia ochrony malarzowi, który ginie podczas egzekucji. Zrozpaczona tytułowa bohaterka popełnia samobójstwo. Cała historia (nieco bogatsza, bo w tle pobrzmiewają jeszcze aspekty historyczne oraz rozważania o sztuce i religii) rozgrywa się w historycznym Rzymie u progu XIX wieku i istniejących w rzeczywistości wnętrzach kościoła św. Andrzeja i Zamku Świętego Anioła.
Jeden z obserwujących mnie na Facebooku (pozdrawiam, Panie Ryszardzie) napisał, że w jego odczuciu "ta Tosca jest reżyserowana bardziej jak teatr, a nie widowisko". I może właśnie dlatego mnie przekonała. Oczywiście jest realizacyjny rozmach - gdy na scenie ustawiają się chór, chór dziecięcy, balet i soliści to naprawdę wygląda znakomicie (finał I aktu to moment, który się pamięta oraz w którym chciałoby się niczym Faust zakrzyknąć "Chwilo trwaj, jesteś piękna").
Całość brzmi pięknie i pozwala zanurzyć się w historii, nawet jeśli nie czyta się napisów tłumaczących włoskie teksty. Mistrzowska jest scenografia (urzekło mnie, że zaczyna się ona już od podłogi, którą pokrywają imitacje marmurów), za którą odpowiadał zmarły niespełna tydzień przed premierą Alexander Lisiyansky. Jej rozmach naprawdę porusza. Doskonale prezentuje się też strona plastyczna - kostiumy przygotowane przez Dorothee Roqueplo oraz światła reżyserowane przez Bogumiła Palewicza.
Wiem, że to sztuka i inscenizacja nie musi być w pełni wierna historii czy realiom epoki, nie mniej biskup prowadzący procesję z Najświętszym Sakramentem w mitrze i bez naramiennego welonu mocno mnie raził (zawsze zastanawiam się, czemu takich rzeczy nie konsultuje się z ludźmi znającymi się nieco na obecnej czy dawnej liturgii?). Nieco uśmiechu wywołała też mglista biel za oknami pałacu Scarpii (choć mamy noc) oraz bilecik, który kazał on dostarczyć Tosce wielkości... kartki A4. Ale to w gruncie rzeczy realizacyjne drobiazgi, bo w całości wyreżyserowany przez Julię Pevzner spektakl prezentuje się bardzo spójnie. Hołdując klasycznym założeniom nie stara się szukać nowinek, nie ma tu udziwniania. Jest rozmach godny królewskiego miasta i dzieła, które liczy sobie ponad 120 lat.
Kierownictwo muzyczne spektaklu sprawuje Andriy Yurkevych, a w rolach głównych możemy zobaczyć: Tosca - Olga Busuioc (dublury Agnieszka Kuk, Iwona Socha); Cavaradossi - Dominik Sutowicz (dublury Tomasz Kuk, Adam Sobierajski); Scarpia - Krzysztof Szumański (dublury Adam Woźniak, Mikołaj Zalasiński); Angelotti - Michał Kutnik (dublura Sebastian Marszałowicz); Spoletta - Krzysztof Kozarek (dublura Janusz Dębowski); Zakrystianin - Wołodymyr Pańkiw; Sciarorne - Łukasz Lelek (dublura Jacek Wróbel, Sławomir Broś); Dozorca - Sławomir Broś (dublura Łukasz Lelek, Jacek Wróbel); Pastuszek - Gabriel Golik (dublury Maja Dalbiak, Wojciech Dyło, Zofia Minorczyk). Z tej obsady na pewno najmocniej w pamięć zapadnie mi demoniczny Scarpia Szumańskiego, grany niezwykle intensywnie i sugestywnie.
To znakomity spektakl na rozpoczęcie swojej przygody z operą. Nie wiem czy pokochacie taki rodzaj teatru, ale - i zawsze to powtarzałem oraz praktykowałem przez długi czas - co kilka lat warto pójść i sprawdzić, czy dalej Wam się nie podoba. Zasłuchajcie się, chłońcie rozmach - nie bądźcie jak Timothée Chalamet, z jego niedawną wypowiedzią. Nie oceniam w gwiazdkach - wciąż mam zbyt małe porównanie i doświadczenie w operowych wojażach. Dalej też wolę inny teatr. Nie mniej żeby teatralnemu życiu dodać smaku, warto czasem spróbować takiego dania z innej kuchni. Może nieco bardziej wymagającego, ale jednak bardzo smacznego. To co? Kiedy widzimy się w operze?
