JAROSŁAW CISZEK

Konsternacja

Reżyseria: Jan Hussakowski     Teatr: Teatr im. J. Kochanowskiego w Opolu
Data publikacji: wtorek, 13.01.2026

Ocena:   8/10

Konsternacja

Geje, naziści, łoś, wulkan, Platon, Darwin i metateatr - jeśli nie brzmi Wam to jak idealny materiał na teatralną komedię, to znaczy, że nie widzieliście spektaklu "Konsternacja" w Teatrze im. J. Kochanowskiego w Opolu, który wyreżyserował Jan Hussakowski. Uwielbiam poziom absurdu, jaki został tu zaprezentowany!

Nie kojarzymy raczej naszych zachodnich sąsiadów z tego, że tryskają humorem, a tymczasem tekst "Konsternacji" napisał właśnie Niemiec, Marius von Mayenburg. Wspaniały jest już punkt wyjścia (cytuję za teatralnym opisem): "Wracacie do swojego mieszkania. Ciemność. Nie zapłaciliście rachunku za prąd? Jedno z was uderza nogą w stolik. Przecież nigdy tu nie stał! Może przestawili go sąsiedzi, którzy mieli podlewać kwiaty pod waszą nieobecność? A może… to nie Wasze mieszkanie?". Jeśli ktoś spodziewa się tu zamieszania rodem z farsy (a przecież mogło to pójść i w tę stronę - dwoje drzwi zwiastowało takie niebezpieczeństwo), to jednak na szczęście zupełnie tak nie jest. Mamy tu do czynienia z czymś innym - z absurdem w najczystszej postaci, w którym bohater będący mężem, za chwilę, jak gdyby nigdy nic, staje się na przykład sąsiadem, płynnie przechodząc z mówienia do tej samej osoby od "Kochanie" do "proszę pani". Ta plątanina postaci, ale także miejsc, dzieje się cały czas. Nie można się w niej pogubić, bo nie chodzi tu o odpowiedzi - raczej o zabawę konwencją rodem z naszych snów, w których w ułamku sekundy ktoś zmienia się w kogoś zupełnie innego, a my po prostu przyjmujemy tę rzeczywistość, co najwyżej z lekką konsternacją. Do tego domorosły odkrywca tłumaczy wymyśloną pod prysznicem teorię ewolucji oraz zasady platońskiej jaskini, człowiek pała miłością do łosia w drugim człowieku, a paczka na stole subtelnie (a potem już całkiem wprost) nawiązuje do kultowego "Siedem" D. Finchera. Po więcej cudowności zapraszam na widownię - pewnie nie do każdego przemówi ten humor, ale śmiech niósł się po widowni szczerze i gęsto, a ja - raczej mało wrażliwy na sceniczne dowcipy - dawno się tak nie ubawiłem zarówno z żartów słownych, jak i sytuacyjnych.

Jaki jest minus takiego galimatiasu? To że chyba nie da się go poprowadzić do sensownej pointy. Chyba każdy spektakl tego typu jaki widziałem, z oryginalnym założeniem, rozpadał się w którymś momencie narracyjnie. W śnie po prostu się budzimy, w sztuce autor zwykle czuje się w obowiązku brnąć z absurdem w stronę rozwiązania, które zwykle nas nie satysfakcjonuje (a w każdym razie mniej niż punkt wyjścia). Także i tutaj w pewnym momencie poczułem lekki przesyt i wyczerpanie formy, choć końcówka, przenosząca nas w teatralne rejony (metateatr z koncepcją czwartej ściany i świadomością obecności widzów pojawia się też wcześniej), nieco to wrażenie osłodziła.

Ciekawostką może być w tym spektaklu nagość, bo o ile do kobiecej przywykliśmy, o tyle męska aż tak odważnie i długo prezentowana jest rzadko (nie traktuję tego jako pochwały lub zarzutu, po prostu jako informację, tym bardziej, że sam tekst nie wymagał takiego bezpośredniego rozwiązania). Bardzo podobał mi się pomysł na scenografię (Anna Oramus) z rzeczami, które na krawędzi sceny są poprzecinane (co w niektórych przypadkach wygląda wręcz epicko i dowodzi, że proste w sumie rozwiązania sprawdzają się najlepiej, dając najwięcej frajdy). Polecam też od czasu do czasu przyjrzeć się obrazkom w tle... Doskonałe są też kostiumy, zwłaszcza ten jeden z choinkowymi lampkami, którego nie chciałbym spoilerować (ale każdy, kto obejrzał, zapewne doceni pracę Barbary Guzik oraz pracowni plastycznej teatru). Całości dopełnia muzyka Tymoteusza Witczaka, znakomicie brzmiąca przede wszystkim w tych groźnych kawałkach oraz światło, którego reżyserem jest Mikołaj Kałużny.

Świetnie ze swoich ról wywiązują się aktorzy. Są magnetyczni w swoim zagubieniu i intrygujący w pewności, z jaką przechodzą do kolejnych scen. Choć stawka jest wyrównana, dla mnie najlepszy był Kacper Męcka, który z grobową wręcz powagą na twarzy potrafił być przezabawny. Wielkie brawa należą się też dla pozostałej trójki, czyli Tomasza Ostacha (to właśnie jego... oglądamy w pełnej krasie), Aurory Lipartowskiej oraz Joanny Osydy. Bez sprawnej, zgranej ekipy ten niełatwy do grania scenariusz mógłby być irytującą papką, miast naprawdę satysfakcjonującą komedią absurdu pełną gębą. Pośmiejcie się ze mną i twórcami - idźcie na "Konsternację" do opolskiego teatru!

Ocena spektaklu: ⭐⭐⭐⭐⭐⭐⭐⭐/10 (nawet 8,5)


Recenzja wideo:


Galeria: