Piana dni
Reżyseria: Igor Mendjisky Teatr: Teatr im. J. Kochanowskiego w Opolu
Data publikacji: niedziela, 15.03.2026
Ocena: 8/10
"Piana dni" Borisa Viana to surrealistyczna klasyka francuskiej literatury, którą po raz pierwszy w historii polskiego teatru przeniesiono na scenę w Teatrze im. J. Kochanowskiego w Opolu (możecie kojarzyć wersję filmową pod tytułem "Dziewczyna z lilią"). Autorem adaptacji i reżyserem spektaklu jest francuski reżyser polskiego pochodzenia Igor Mendjisky.
Nie do końca wiem, jak to się stało, że z książki liczącej niespełna 240 stron w kieszonkowym formacie powstał spektakl trwający ponad 2 godziny (bez przerwy). Jak zwykle - skrót zrobiłby tej historii dobrze... Spektakl rozpoczyna się obiecująco - od "wywiadu z autorem", który wygłasza piękne, zawarte we wstępie do książki zdanie o roli miłości i muzyki ("reszta powinna zniknąć, bo jest paskudna") i wprowadza nas w meandry opowieści, a czasem wcielając się w różnorakie role. Podobała mi się umowność, z jaką najprościej oddano surrealistyczne historie, decydując się na pantomimiczne pokazywanie wykonywanych czynności. Szkoda, że zrezygnowano później z tej formy, przez co dobry w końcu (choć za długi) spektakl stracił na spójności. Okrojono też tekst z wielu mocno absurdalnych pomysłów (jak węgorze podpływające rurami kanalizacyjnymi, by jeść pastę do zębów czy pomnik ku czci poległych łyżwiarzy), zachowując jednak jego nieco oniryczny charakter i subtelny humor, przebijający z tej melodramatycznej historii o miłości i śmierci, w której szczęśliwym można być tylko chwilowo, ale też o pasji, w której można się zatracić (skupowanie nie tylko publikacji, ale i pamiątek po idolu, w tym przypadku filozofie o nazwisku Jean-Sol Partre, wydaje się zadziwiająco aktualne). Świetnie sprawdza się oprawa plastyczna: subtelna scenografia, za którą odpowiada Jean-Luc Malavasi (znów tylko nieco niespójna- początkowo niemal nieobecna, potem zaczyna jej przybywać), kostiumy Pauli Grocholskiej i znakomite światła wyreżyserowane przez Bogumiła Palewicza. Na pochwałę zasługuje też muzyka Staszka Plewniaka.
Grający w głównej roli Miron Jagniewski jest dokładnie taki, jaki być powinien bohater tego spektaklu - z jednej strony ciągle odrobinę zdziwiony, z drugiej - przyjmujący za pewnik nienormalność otaczającego go świata. Delikatność jego gry, lekkie jedynie przeciągnięcie, robi wrażenie i mocno zapadło mi w pamięć. W rolę jego przyjaciela wciela się Jakub Klimaszewski i choć to właśnie jego wątek jak sądzę można by bez straty dla fabuły okroić, to ze swojej roli wywiązał się znakomicie. W roli Mikołaja widzimy Rafała Kronenbergera, a autora (ale też księdza, antykwariusza, a w finale nawet... kota) gra naprawdę brawurowo Bartosz Woźny. Widać w nim sprawczość autora, poddającego swoich bohaterów próbom, Nie gorzej niż panowie wypadają panie - Karolina Kuklińska, Magdalena Maścianica, Monika Stanek i Aurora Lipartowska (ta ostatnia w roli myszy i kilku innych zadziwiających, religijnych odsłonach).
Generalnie historia wciąga, jest ciekawa i - mimo ciężaru gatunkowego, oddalającego nas coraz bardziej od happy endu - mająca w sobie pewną lekkość. Scenę ze "śnieniem karabinów" zapamiętam na pewno długo, tym bardziej, że książkę Viana zacząłem czytać dopiero po spektaklu, a jego wyobraźnia zdaje się nie mieć końca.
Ocena spektaklu: ⭐⭐⭐⭐⭐⭐⭐⭐/10
