JAROSŁAW CISZEK

Folwark zwierzęcy

Reżyseria: Wojciech Kościelniak     Teatr: Teatr Ludowy w Krakowie
Data publikacji: środa, 19.11.2025

Ocena:   9/10

Folwark zwierzęcy

To będzie recenzja pełna peanów i zachwytów, ale cóż poradzić - musicalowy "Folwark zwierzęcy" w reżyserii Wojciecha Kościelniaka w Teatrze Ludowym w Krakowie mocno mnie poruszył i zaczarował.

Jak to dobrze, że polskiemu teatrowi muzycznemu przydarzył się Kościelniak, który jak nikt potrafi przełożyć na język musicalu dzieła literatury polskiej i światowej. Parafrazując Woltera można powiedzieć, że gdyby Kościelniaka nie było, należałoby Go wymyślić. I jak to dobrze, że pokazuje on, iż do dobrego musicalu nie potrzeba scenografii za miliony, ekranów, jeżdżących w górę, dół i na boki podestów, latających aktorów, skomplikowanych kostiumów i innych cudowności. Te rzeczy, zwłaszcza w rozbuchanych, muzycznych inscenizacjach, bywają ważne i czasem dają efekt wow, ale nieumiejętnie użyte potrafią przysłonić sens. Otrzymujemy wówczas utopioną w brokacie wydmuszkę. Tymczasem tutaj mamy drugi biegun - reżyser dysponuje obrotową sceną, zabudowaną z jednej strony prostą drewnianą ścianą z otworami, kilkunastoma skrzynkami, paroma innymi rekwizytami, podestem wypuszczonym w głąb widowni, prostymi napisami czy obrazkami z projektora. I tyle w połączeniu z jego nieograniczoną fantazją wystarczy, by poruszyć naszą wyobraźnię i stworzyć pełnokrwistą opowieść z ciekawymi charakterami i wyraźnym przesłaniem. Ale Kościelniak ze współpracownikami (kompozytor Mariusz Obijalski, choreograf Mateusz Pietrzak, scenografka Kamila Bukańska, twórczyni kostiumów Anna Adamek) znów pokazują  jeszcze coś bardzo ważnego - że nie trzeba zagranicznych artystów i amerykańskich licencji, by w Polsce powstał musical na znakomitym, światowym poziomie.

Opisanej przez George'a Orwella dystopijnej historii gospodarskich zwierząt i ich rewolucji, która stopniowo zmieniła się w tyranię, chyba nie trzeba nikomu przybliżać. Kościelniak traktuje opowieść z szacunkiem i zaufaniem, nie wyciągając na pierwszy plan dodatkowych symboli, sensów i znaczeń. Dzięki temu skupieni na losach bohaterów i solidaryzujący się z nimi, jeszcze mocniej poruszeni jesteśmy wydźwiękiem dzieła, którego wcale nie trzeba nam wbijać do głowy - wystarczy dobra narracja, a z taką mamy tutaj do czynienia. Symboliczne kostiumy prezentują nam ludzi, acz mają jakieś zwierzęce akcenty i atrybuty przypisywane danym gatunkom (jak choćby czarne kieszenie naszyte na białym kostiumie krowy, czy kozia bródka u kozła lub soczewki kontaktowe z kocimi źrenicami). Dość szybko orientujemy się, kto jest kim, kto jaki ma charakter i czego można się po nim spodziewać. Choreografia spektaklu także stawia na prostotę - jest przemyślana i funkcjonalna, znakomicie spełnia swoją rolę. Może nie oczarowuje, ale też zapewnia satysfakcję z jej oglądania. Znakomite wrażenie robią dynamiczne sceny zbiorowe, zwłaszcza bitew, ale w pamięć zapadają też indywidualne aktorskie popisy. Pamiętajmy, że Teatr Ludowy jest sceną dramatyczną ("doposażoną" tu jedynie sekcją baletową), więc na drobne niedoskonałości wokalne można spokojnie przymknąć oko, tym bardziej, że... niemal wcale ich nie było. Zespół Ludowego wykazał się naprawdę ogromnym talentem aktorskim, wokalnym i choreograficznym, dużą siłą fizyczną w dynamicznych scenach i wielkim zaangażowaniem. Właściwie o tym, że nie mamy do czynienia z typowym teatrem muzycznym świadczyć może najwyraźniej brak muzyki na żywo oraz pewne mankamenty brzmieniowe, wynikające moim zdaniem z działania mikroportów.

Każdemu aktorowi grającemu w spektaklu należy się choć wzmianka. Zacznę od Roberta Ratusznego, który grał Kota. Gdybym miał przyporządkować jego rolę do któregoś z bohaterów musicalu "Koty" byłby niewątpliwie szalonym Ram Tam Tamkiem. Ta jego niesforność, szaleństwo i ekspresja, łagodzone z każdą kolejną sceną większym terrorem i zagrożeniem, jego bycie - jak to kota - to osobno, to znów częścią gromady, wyglądało zjawiskowo. Nie może dziwić, że niezwykle wzruszającą postać zbudował Ryszard Starosta jako koń Bokser, bo to znakomity materiał literacki, z którego aktor wycisnął naprawdę wszystko (niezwykle pomysłowa w swojej prostocie była scena z ciągnięciem lin). W rolach kur zobaczyliśmy Michalinę Dworzaczek i Julię Pawlak. Na długo zapamiętam przejmujący song o mleku pierwszej z nich, ale też ten "czupurny" charakter, jaki objawiała. Świński tercet spektaklu to Piotr Pilitowski jako Piguła (kolejna znakomita rola, w której widzę tego aktora), Jan Nosal jako Napoleon (z songami śpiewanymi przejmująco niskim głosem) oraz Małgorzata Kochan jako Pisk, czyli minister propagandy. Symboliczne połączenie dwóch mównic, silne napięcia między Pigułą, a Napoleonem i wysiłki Pisk w tłumaczeniu całej sytuacji na pewno odcisnęły się na widzach. Kolejny raz oglądałem Pawła Kumięgę i niezwykle zaskoczył mnie w roli Kozła dużymi pokładami autoironii i dystansu. Wielkie brawa zwłaszcza za scenę nauki czytania. Wielkim spokojem jako osioł Beniamin (uczyniony narratorem części scen) epatował Jacek Wojciechowski. Momentami nieco zbyt emocjonalne, acz na pewno wzruszające i zapadające w pamięć było aktorstwo Iwony Sitkowskiej jako Koniczyny. Nieco nazbyt stereotypowo romantyczny wydał mi się wątek psi, choć to uwaga do scenariusza i reżysera, a nie samych aktorów, którzy potem mieli okazję pokazać się w znacznie bardziej demonicznych wcieleniach i z obu wywiązali się wyśmienicie - brawa dla Karola Polaka i Justyny Litwic. Wiarygodnie i po prostu dobrze w swoich rolach wypadły też Marta Bizoń (Krowa), Roksana Lewak (klacz Mollie) oraz Jagoda Pietruszkówna, Małgorzata Krzysica i Zuzanna Midura (Owce).

Zespół Teatru Ludowego uzupełnia występujący gościnnie świetny zespół baletowy, który z zaangażowaniem powiększa i rozbudowuje sceny zbiorowe. Tworzą go Nikola Dudek, Gabriela Chojecka, Joanna Kozubal, Zuzanna Midura, Maria Salwińska, Nina Stec, Karolina Stępień, Agnieszka Woźniak-Olszańska, Zofia Zełep oraz Filip Krzysztofiak (swoją drogą skąd tak silna damska reprezentacja i zaledwie jeden mężczyzna w tym gronie? Wprawdzie ponadprzeciętnego wzrostu i talentu, nie mniej to dość ciekawe i chętnie dowiem się, czy kryje się za tym jakaś historia).

Polecam Wam tę (niestety) wiecznie aktualną metaforę rewolucji i systemu politycznego. Polecam starszym, chętnie odnajdującym paralele z komunizmem i młodym, którzy z obrzydzeniem spoglądają na naszą - za przeproszeniem - klasę polityczną ześwinioną do granic możliwości. Zróbmy wszystko, by pointą spektaklu nie pozostała bezcelowość buntu ani wysiłku na rzecz wspólnego dobra, a raczej zachęta do czujności i ostrożności wobec tych, którzy stają się naszymi reprezentantami (nierzadko samozwańczymi). I nie dajmy się, jak spektaklowe zwierzęta, rozgrywać uciszającym wszystko zdaniem "Przecież nie chcecie powrotu pana Jonesa"... Pamięć o przeszłych świństwach to za mało na usprawiedliwienie świństw obecnych. 

Ocena spektaklu: ⭐⭐⭐⭐⭐⭐⭐⭐⭐/10


Recenzja wideo:


Galeria: