Ludzie bezdomni
Reżyseria: Wojtek Klemm Teatr: Teatr Miejski w Gliwicach
Data publikacji: piątek, 19.12.2025
Ocena: 5/10
Jeśli komuś Stefan Żeromski kojarzy się ze szkolnych lektur źle, to raczej nie odnajdzie się w padającym ze sceny tekście. Jeśli jest wielbicielem naturalistycznej prozy Żeromskiego (a znam tylko jednego wielbiciela jego twórczości - pozdrawiam Cię, Jakubie!), to raczej nie odnajdzie się w przekombinowanej formie. Nie mam też wrażenia, by trwająca 1 h 40 min historia mogła porwać szkolną młodzież (ci, z którymi spektakl oglądałem, przyjęli go chyba raczej chłodno, choć nie bez zainteresowania). Krótko mówiąc nie wiem, dla kogo są "Ludzie bezdomni" wyreżyserowani przez Wojtka Klemma w Teatrze Miejskim w Gliwicach.
I - przyznaję - trochę żałuję, że nie są dla mnie. Bo naprawdę bardzo chciałem się zaangażować w akcję i nawet w kilku momentach mi się to udało. Książkę czytałem dawno, przed spektaklem na świeżo powtórzyłem sobie fabułę ze streszczenia. Nie wiem, czy bez tego zorientowałbym się we wszystkich fragmentach akcji, choć jest ona prowadzona z grubsza zgodnie z oryginałem (pomijając fakt, że nie zaczyna się w Paryżu, a historia stamtąd jest jedynie wspomniana w kolejnych epizodach). Zadziwiająco ciekawe wydały mi się losy Tomasza Judyma, zadziwiająco podobała mi się jego pasja do zmiany świata. Jednak przykurzona fraza Żeromskiego, obficie tu cytowana w dialogach i monologach odpycha i usypia, a krzyczący nią bohaterowie w okołowspółczesnych kostiumach rzadko wypadają wiarygodnie. Czy gdyby miast przeprowadzać adaptację i wyjmować z powieści kolejne frazy (autorem scenariusza jest Tomasz Cymerman), nie lepiej zrobiłoby tej historii jej przepisanie? W zapowiedzi spektaklu widnieje, że reżyser "czyta Żeromskiego na nowo – z ekologicznym gniewem i społeczną czułością. (...) To pytanie o dom, który przestaliśmy szanować. Ilu z nas straci go przez katastrofę, którą sami karmimy?". I ten wątek ekologiczny też okazuje się kapiszonem. Owszem - mamy zanieczyszczoną rzekę oraz tekst o paleniu w piecu oponami, ale nie czuję, by przesadnie zwracano uwagę na to, co zapowiada się w opisie. Intrygujący był zabieg, by każdy z 10 aktorów i aktorek występujących w przedstawieniu grał przez chwilę głównego bohatera, ale niewiele wniosło to do odczytu historii. Każdy ma Judyma w sobie i musi go odkryć? To ciekawa perspektywa, ale zrealizowana najwyżej połowicznie, tym bardziej, że o ile w swojej drugiej roli mamy jakieś aktorskie popisy (lepsze lub gorsze), o tyle w kolejnych Judymach widziałem po prostu aktorów, co najwyżej nieco bardziej krzyczących. Kobieta Judym? Nie mam nic przeciwko. Nie mam też nic przeciwko, że akurat jako kobieta rozprawia Judym o swojej miłości do Joanny Podborskiej, tylko znów... po co? Jedną rzecz w przypadku tych zmian muszę pochwalić - były bardzo czytelne, a prosty zamysł powtórzenia przez kolejnego aktora czy aktorkę ostatniej frazy umożliwiał łatwą identyfikację z kim mamy do czynienia.
Bohaterowie "Ludzi bezdomnych" to osoby wciąż aspirujące. Jednym idzie to łatwiej, innym trudniej. Ciekawym zabiegiem okazała się rampa, po której to wspinają się (z obowiązkowym potknięciem), by za chwilę znów się stoczyć (za scenografię i kostiumy odpowiada Magdalena Gut ). Zjawiskowo wyglądały też grupowe zjazdy z tej konstrukcji, jednak to trochę za mało pomysłów na ponad półtoragodzinną, wielowątkową opowieść. Niewiele wniosła też do spektaklu muzyka, która po prostu.. była (jej autorka to Aleksandra Rzepk), jednak nie wywoływała już większych emocji, podobnie zresztą, jak choreografia Anny Marii Krysiak. Zupełnie nie przemówił też do mnie fragment wyświetlony w formie projekcji w ostatniej części spektaklu (generalnie im dalej, tym gorzej i mniej ciekawie; miałem wręcz wrażenie jakiegoś pośpiechu w wykończeniu opowieści), w dodatku jak zwykle mogliśmy oglądać usta nie zgrywające się czasowo z wypowiadanymi słowami, co konsekwentnie będę piętnował (ale i pochwalić muszę brak mikroportów poza tą jedną, wspomnianą sceną).
Z aktorów najbardziej podobali mi się Kornel Sadowski jako inż. Korzecki oraz Aleksandra Wojtysiak jako bratowa dra Judyma. Jak zawsze z wielką klasą zagrał goszczący na tej scenie (a niegdyś będący jej etatowym aktorem) Błażej Wójcik (dr Węglichowski). Pozostali aktorzy, czyli Klaudia Cygoń-Majchrowska, Mariusz Galilejczyk, Łukasz Kaczmarek, Paweł Majchrowski (bardzo dobry jako dr Chmielnicki, nazbyt krzykliwy jako Judym), Maciej Piasny, Alicja Stasiewicz i Zofia Żwirblińska wypadają raz lepiej, raz gorzej. Mimo wszystko aktorstwo trzyma tu wysoki poziom, jednak nad wszystkim zdaje mi się unosić (niczym wilgoć w Cisach) duch braku konkretnego i spójnego oraz dopracowanego reżyserskiego pomysłu.
Potrzebujemy dziś Judymów. Dobrze byłoby, gdyby kolejni mogli je w sobie odkryć. Potrzebujemy też przypominania o losach ludzi biednych i marginalizowanych. W tym sensie książka Żeromskiego wciąż może inspirować i w tym sensie wypada też kibicować, że jednak młodzi ludzie, do których głównie kierowany jest spektakl, wyciągną z niego więcej, że spodoba im się bardziej niż mnie. Przekonajcie się sami, czy Wam z takimi "Ludźmi bezdomnymi" po drodze, czy niekoniecznie.
Ocena spektaklu: ⭐⭐⭐⭐⭐/10
