Najmrodzki, czyli dawno temu w Gliwicach
Reżyseria: Michał Siegoczyński Teatr: Teatr Miejski w Gliwicach
Data publikacji: poniedziałek, 29.06.2026
Ocena: 9/10
Rzadko wracam ponownie na ten sam spektakl, tym rzadziej po tak długim czasie. "Najmrodzki, czyli dawno temu w Gliwicach" widziałem niedługo po premierze, pewnie na początku 2019 roku. Pamiętam, że byłem w bardzo pozytywnym szoku - to było tak dziwne i odjechane, że aż urzekało. Gdy ostatnio nadrobiłem w Łodzi "Chciałem być" (oba spektakle napisał i wyreżyserował Michał Siegoczyński, w obu główną rolę gra Mariusz Ostrowski, oba łączy sposób narracji i realizacji), stwierdziłem, że trzeba wrócić do Teatru Miejskiego w Gliwicach i skonfrontować to, co pamiętam, z tym jak zmieniła się moja wrażliwość. No i cóż... Jakież to jest znakomite, wciąż aktualne, niezwykle zabawne i perfekcyjnie zrealizowane. Zdecydowanie doceniam ten spektakl jeszcze bardziej, niż przed laty!
Spektakl opowiada historię Zdzisława Najmrodzkiego - jednego z najsłynniejszych polskich przestępców okresu PRL, nazywanego "królem złodziei" i "mistrzem ucieczek". Szerokiej publiczności może być znany z filmu "Najmro. Kocha, kradnie, szanuje" w reżyserii Mateusza Rakowicza (w rolę Najmrodzkiego wcielił się tam Dawid Ogrodnik). Zresztą motyw powstania filmu stanowi istotną część spektaklu - jednym z bohaterów jest aktor, któremu powierzono główną rolę, pojawia się także scena z reżyserem oraz poradnik kręcenia filmów gangsterskich, który wygłasza sam... Robert De Niro. A to tylko niektóre przykłady z kawalkady postaci, jakie przetaczają się przez scenę. Obok galerii żon i kochanek, milicjantów, przestępców oraz członków rodziny mamy też m.in. porucznika Borewicza, Lecha Wałęsę i Tadeusza Różewicza. Wszystko wymieszane, podane bez chronologii i podziału na prawdziwe-zmyślone czy rzeczywiste-symboliczne, a także z urywanymi wątkami, kontynuowanymi po kilku scenach. A jednak - podobnie jak w przypadku spektaklu o Krawczyku - to wszystko spina się wręcz idealnie, ma sens i logikę (tym bardziej, że narratorem spektaklu jest sam Najmrodzki). Nie wiem, jak autorowi scenariusza i reżyserowi udało się zapanować nad tym chaosem i sprawić, że wszyscy bez problemu łapiemy się w historii. Chylę czoła, po prostu, bo to poziom teatralnej umowności niedosiężny i zupełnie osobny.
Historia pełna jest humoru. Naprawdę mnóstwo tu dobrego żartu i komizmu w warstwie zarówno tekstowej, jak i aktorskiej (znakomite parodie Wałęsy i Różewicza w wykonaniu Krzysztofa Prałata) oraz realizacyjnej (słońce za plecami na początku skradło moje serce). Ale jednocześnie mamy też znakomite i uniwersalne rozważanie o macierzyństwie, rodzinne dramaty, a nawet refleksje o Niemcach wracających na Śląsk wiele lat po wojnie. Mamy też sporo muzyki z epoki (w tym brawurowe wykonanie "Czekasz na tę jedną chwilę" przez Karolinę Burek i Mariusza Ostrowskiego). Wsiadając na ten rollercoaster, należy dać się porwać magii fabuły i realizacji. Po prostu. Dobra zabawa, ale też doza refleksji i wzruszenia gwarantowana. Podobnie jak w przypadku historii o Krawczyku, ogromną rolę odgrywa tu też kamera, do której grana jest część scen odtwarzanych na ekranie. Mistrzowsko wykorzystano te możliwości, a filmowa realizacja to coś więcej niż przybliżenie postaci, które akurat stoją z tyłu lub znajdują się pod sceną. To drobiazgowo rozpisany sposób przedstawiania świata, równorzędny teatralny gracz na tej skomplikowanej szachownicy, do której zaprasza nas Siegoczyński.
Oddzielny zachwyt należy się aktorom. Znów w roli tytułowej błyszczy Mariusz Ostrowski. Jest uwodzicielski, stanowczy, sprawnie operujący historią i przykuwający uwagę, w dodatku z wąsem naprawdę przypomina swojego bohatera (którego zdjęcie pojawia się na ekranie). Doskonale było znów zobaczyć aktorów, którzy dawno temu w Gliwicach grali, a teraz związali swoje losy z innymi miejscami (szczególnie Przemysława Chojętę i Krzysztofa Prałata). Już prawie zapomniałem, ile zdolności do parodii i uroczej przesady ma w sobie Prałat! Jakiż cudowny policyjno-kryminalny duet tworzy on z jak zawsze wybitnym Mariuszem Galilejczykiem (Sewer i Kondor), który wzbudza też salwy śmiechu jako Borewicz i De Niro. Każdy z aktorów ma tu naprawdę mnóstwo przebiórek i co chwila wraca w mniejszej czy większej roli. Znakomita jako przerysowana kochanka Grażyna jest Dominika Majewska, cudownie, wzruszająco i w ogóle uroczo (ale też przezabawnie, gdy trzeba) rolę matki odgrywa Aleksandra Maj. Nie gorsze w rolach żony i kolejnej kochanki są Karolina Olga Burek i Izabela Baran. Aktorską stawkę zamyka (co wcale nie znaczy, że jest jakkolwiek gorszy) Michał Wolny w roli aktora stającego przed szansą zagrania roli życia. Aktorzy są znakomici w swoich rolach, ale także cudowni jako zespół, wygrywając odpowiednio każdy żart i każdą okazję do refleksji i wzruszenia czy nostalgii. Bo spektakl dla pewnego pokolenia będzie też nostalgicznym powrotem do młodości. Choć PRL nie jest tutaj gloryfikowany, a przedstawiony jako rzeczywistość szara, biedna i zdemoralizowana, to jednak nie da się ukryć pewnej dozy życzliwej pobłażliwości.
Warto pochwalić też scenografię z dwoma samochodami i specjalnymi boksami z boku, a także ogromną kanapą (wraz z kostiumami to dzieło Katarzyny Sankowskiej, którą wspierał odpowiedzialny za projekcje i światła Michał Głaszczka. To niesamowite, jak wykorzystano cały potencjał teatralnej maszynerii, z zejściami pod scenę i każdym możliwym przejściem). Ruch sceniczny to dzieło Alisy Makarenko, a za muzykę odpowiadał Kamil Pater.
Spektakl grany jest rzadko, ale naprawdę warto na niego zapolować. To ciekawe, że mimo upływu lat zupełnie się nie rozlazł, a aktorzy dalej grają go z ogromną pasją. Pojawiło się nawet drobne uwspółcześnienie, gdy Lech Wałęsa zwrócił się do Najmrodzkiego per Nawrocki, ale poza tą sceną nie dostrzegłem by historia ewoluowała. Zresztą nie musiała, poza może jednym wątkiem. Gdy spektakl powstawał, film o Najmrodzkim był tylko zapowiedzią. Trochę szkoda, że dziś, kilka lat po premierze nie zdecydowano się przepisać tego wątku, nawiązując wprost do zrealizowanego obrazu. Generalnie idźcie i zobaczcie, bo to zostaje w pamięci. Sam przed ponownym oglądnięciem byłem zdziwiony, jak wiele scen zapadło mi w pamięć mimo upływu lat. To nie jest historia, która zmieni Wasze myślenie o jakiejś sprawie, ale na pewno rozszerzy teatralną percepcję daleko ponad horyzont. I jak kradł polonezy, tak teraz Najmrodzki skradnie Wasze serca. Z moim mu się udało i bardzo mnie taki finał teatralnego sezonu cieszy!
Ocena spektaklu: ⭐⭐⭐⭐⭐⭐⭐⭐⭐/10
