Przedmiot prawdy
Reżyseria: Tomasz Man Teatr: Teatr Miejski w Gliwicach
Data publikacji: czwartek, 05.03.2026
Ocena: 3/10
Czy mamy do czynienia z najgorszym spektaklem jaki widziałem od dawna? Niestety chyba tak. Polska prapremiera "Przedmiotu prawdy" Toma Stopparda, wyreżyserowana przez Tomasza Mana w Teatrze Miejskim w Gliwicach, to rozciągnięte na dwie i pół godziny nużące pustosłowie.
Może gdyby ten spektakl nie trwał tyle czasu... Może gdyby wyciąć połowę tekstu i zamknąć historię o miłości, zdradzie, teatrze i teatrze życia w nieco ponad godzinie, nie czułbym się aż tak sfrustrowany. Ciężko mi powiedzieć, na ile zawodzi sam tekst, a na ile przekład (tłumaczenie i spolszczenie: Grzegorz Krawczyk). Dość, że bohaterowie mówią głównie papierowymi frazami, udając emocje i miotając się w nich, choć nic tu z niczego nie wynika. Historia wielkiego pisarza i jego rodziny z politycznym buntownikiem w tle ma momenty dobre - jest odrobina celnego humoru, kilka zajmujących przemyśleń (np. pierwsza część II aktu), sprawdza się część obsady. Ale po co tutaj pianista-taper (Grzegorz Kasperczyk), wraz z gitarzystą (w dodatku aktorem spektaklu, który czasem porzuca gitarę by zagrać swoją rolę)? Miało to podkreślać umowność świata? Teatralność rzeczywistości, którą oglądamy? Niestety ta muzyka, choć dobrze grana, nie niosła nic więcej, niż gdyby odtwarzano ją z głośników. Po co dokładano do i tak zbyt długiego spektaklu piosenki (mam wrażenie, że dobór części z nich był zupełnie losowy), z którymi aktorzy radzili sobie raz lepiej, raz gorzej? Po co technicy biegający z fotelami i zmieniający przestrzeń, jeśli w 3 sekundy można było to (przynajmniej w I akcie) rozwiązać światłem? Nasuwa mi się całe mnóstwo pytań, na które nie znajduję w spektaklu odpowiedzi, a wobec nużącej całości zajmują mnie one raczej teraz, gdy piszę te słowa, niż w trakcie przedstawienia, gdy tęsknie wyglądałem jego końca (kilka osób chyba skróciło sobie spektakl, po pierwszym akcie zniknęli moi sąsiedzi z rzędu, od dawna nie widziałem też tak jawnego sięgania po telefony przez część widowni, czego oczywiście mimo znudzenia sam nie pochwalam. Ale jednak część widowni wstało do oklasków, widziałem też pozytywne komentarze w mediach społecznościowych, więc wielbicieli też nie brakuje).
W obsadzie najlepiej sprawdza się Maciej Piasny jako Henry, starając się nadać swojej postaci jakiejś lekkości i prawdziwości. Dobrze, choć poniżej swoich możliwości, wypadają też Klaudia Cygoń-Majchrowska (miotająca się w przesadnych emocjach Ann), Aleksandra Wojtysiak (Charlotte) i Cezary Jabłoński (uwodzicielski Billy, a także wspomniany już gitarzysta). Ciekawie zaprezentował się Michał Dudkowski ze świetnym wokalem, choć miał ledwie jedną scenę, w dodatku grając bohatera, po którym można było spodziewać się więcej niuansów. Kiepsko wypadła Weronika Błaszczyk, w skądinąd ciekawie napisanej postaci córki Debbie (także jedna scena; do tej aktorki należało też najgorsze wykonanie piosenki w tym spektaklu), a także Łukasz Kaczmarek. Niewiele wnosiła uzupełniona o projekcje scenografia oraz kostiumy (Anetta Piekarska-Man, wizualizacje Zuzanna Piekarska-Opara). Aktorzy pożegnali nas średnio zaśpiewanym i dobrze zatańczonym "I'm believer" (ruch sceniczny: Artur Dobrzański).
Ja dalej wierzę w gliwicki teatr (wciąż polecam wiele ich spektakli, których recenzje znajdziecie na mojej stronie) oraz jego zespół i czekam na lepsze propozycje. Oczywiście proszę przekonać się samemu - może komuś ta historia przypadnie do gustu, może wyciągnie i zrozumie z niej więcej. Ja do końca dobrnąłem z trudem - gdyby był to film czy serial na Netflixie, prawdopodobnie wyłączyłbym go po maksymalnie 10 minutach przypominając słowa Juliana Tuwima: "Błogosławiony ten, co nie mając nic do powiedzenia, nie obleka tego faktu w słowa". A zwłaszcza w dwuipółgodzinny potok słów.
Ocena spektaklu: ⭐⭐⭐/10
