Kościuszko
Reżyseria: Konrad Imiela Teatr: Teatr Muzyczny Capitol we Wrocławiu
Data publikacji: wtorek, 13.10.2026
Ocena: 6/10
Był potencjał na polskiego "Hamiltona", wyszło niestety trochę gorzej. Mowa o musicalu "Kościuszko" w Teatrze Muzycznym Capitol we Wrocławiu, napisany i wyreżyserowany przez Konrada Imielę. Jak dotąd spektakl zbiera dobre opinie i komentarze (nierzadko wręcz zachwyty), ale mnie niestety przypadł do gustu średnio i to na kilku płaszczyznach. A przecież biografia wielkiego Polaka nadaje się znakomicie, by opowiedzieć zarówno o jego czasach, jak i o dzisiejszej Polsce.
Tytułowego bohatera poznajemy w momencie uczuciowej porażki, gdy ojciec narzeczonej nie chce go dla swojej córki. Po porażce w walce o miłość decyduje się walczyć najpierw w USA, a później o Polskę. Amerykański epizod udanie zresztą nawiązuje muzycznie i tekstowo do wspomnianego już "Hamiltona". Świetnie pokazano też problem, jaki z nazwiskiem Kościuszko mieli Amerykanie - każdy zwraca się do bohatera zupełnie inaczej. Kościuszko w tym musicalu to dobry wódz i wojskowy geniusz, ale też człowiek ambitny, pełen miłości do ludzi wszystkich ras i kultur oraz orędownik wolności i równouprawnienia.
W jednej recenzji czytałem, że pierwszy akt był znakomity, za to w drugim wieje nudą. No cóż - mam dokładnie odwrotne wrażenie. Wynudził mnie mocno pierwszy akt, choć gnał przez kolejne miejsca i fakty z życia Kościuszki. Niestety mam wrażenie, że zabrakło tu jakiegoś inscenizacyjnego pomysłu, który sprawiłby, że nie tylko przenosilibyśmy się z punktu do punktu, wraz z kolejnymi pomieszczeniami wyłaniającymi się spod podłogi, lecz także odczuwalibyśmy dramaturgiczną ciągłość tej podróży i jej sceniczną umowność. Dużym problemem pozostaje też dla mnie scenariusz napisany przez Imielę. Mówiąc oględnie, piosenki w większości nie są poezją najwyższych lotów (choć zdarzają się i świetne wzloty). Sporo w tekście też może nie wulgaryzmów, ale słów z okolic fekalno-analnych (na czele z powtarzanymi wielokrotnie, wymierzonymi Kościuszce jako zalotnikowi, "batami na gołą dupę"). Nie mam problemu nawet z ostrzejszymi słowami, ale jednak jakoś zupełnie to do mnie nie przemówiło w tym kontekście. Muzyka Grzegorza Rdzaka czerpie z rozmaitych inspiracji - od klasycznych musicalowych brzmień, przez hip-hop, aż po techno, a jednak nie dałem się porwać tym brzmieniom. Także choreografia Jacka Gębury, choć momentami widowiskowa, zdaje mi się na tyle uniwersalna, że można by ją przeszczepić w inne czasy, epoki i fabuły. Choreograficzne bitwy nie wypadały najlepiej.
Justyna Elminowska jako scenografka stworzyła piękne przestrzenie - od sali tronowej po rosyjskie więzienie - jednak obracane ekrany wypełniające cały tył sceny nie zostały dostatecznie wykorzystane, podobnie jak kilka niewielkich pagórków. To znaczy wyświetlano na nich stanowiące ciekawy pomysł nagrania wielkiego chóru z czerwonymi teczkami, tyle że także to rozwiązanie wydało mi się tyleż widowiskowe, co nieprzemawiające (zwłaszcza, że trwało dość długo). Kostiumy Anny Chadaj potrafią zachwycić, czego dowodem są królewski płaszcz, kobiece suknie czy stroje Kościuszki. Gorzej wypadają doklejone wąsy i kontusze, które przywodzą na myśl serial "1670" i chwilami niezamierzenie ośmieszają postaci. Wrażenie na pewno zrobiły szubienice (oraz reklamowana przez francuskiego posłańca gilotyna), podobały mi się smaczki, takie jak gra na pianinie kontynuowana w powietrzu czy autorzy Panoramy Racławickiej wstawieni w sam środek bitwy. Akceptuję pomysł alternatywnej historii, w której Kościuszko jednak wygrywa pod Maciejowicami i proklamuje Stany Zjednoczone Polski. W tej scenie było nieco za dużo patosu, a jednak takie zakończenie wydało mi się satysfakcjonujące. Niestety postanowiono dopisać inne zakończenie. Oto na łożu śmierci w Szwajcarii Kościuszko rozmawia ostatni raz z Ludwiką Sosnowską. Wspomina, wyrzuca Polsce i Polakom wiele (znakomite nawiązanie do "Mazurka Dąbrowskiego", któremu... nie wróży kariery, choć sam jest w nim wymieniony. Nawiasem mówiąc - zapomniałem o tej zwrotce napisanej przez Wybickiego, która nie załapała się do oficjalnego hymnu i wspominała Kościuszkę oraz racławickie kosy). I marzy mu się wielki sukces naszego kraju, najlepiej w wykonaniu kobiety. I przepraszam, ale to już jest niezbyt mądra propaganda (osoby, które nie chcą spojlera, proszę o przejście do kolejnego akapitu). Bo przecież można było pokazać Polkę odbierającą Nagrodę Nobla w dziedzinie medycyny, chemii czy fizyki, której osiągnięcie zmienia świat. Otóż nie - sukcesem na miarę epoki ma być złoty medal Igi Świątek na igrzyskach olimpijskich w USA w 2028. Kiedy w momencie dekoracji ma wybrzmieć hymn (zastanawiałem się nawet, czy ludzie wstaną) oto mikrofon przejmuje Emose Uhunmwangho i śpiewa utwór, który można by określić jako manifest fajnopolactwa. W tej piosence jest miłość, ale też bigos, pierogi, rosół i Polacy ruszający w tany. Nie przekonuje mnie patriotyzm budowany tylko na krwi i kulcie porażek, wciąż uczymy się innego sposobu troski o nasz kraj. Odpycha mnie jednak wizja Polski, która przetrwała dzięki pierogom, a za szczytowe osiągnięcie uznaje sportowy triumf. Nie wiem, czy Kościuszce spodobałby się ten musical, nie wiem, czy ktokolwiek z jego epoki, walczący dzielnie pod jego komendą, dałby się porwać tej wizji Polski, którą przedstawiają twórcy. "Wolność, równość, miłość ponad wszystkie stany" - to piękne hasło i zasługuje na promocję, ale poczucie odpowiedzialności powinno obejmować znacznie więcej niż kibicowanie podczas zawodów sportowych. Czy nasza jedność narodowa, tak boleśnie wystawiana na próbę, w obliczu rosnących zagrożeń ma mieć tylko takie podstawy?
Na pewno tym, co podnosi ocenę, jest obsada - aktorzy są znakomici i z pełną pasją opowiadają losy naszego narodowego bohatera. W tytułową postać wciela się Rafał Kozok i choć gra może trochę zbyt szeroko i odrobinę manierycznie, przekonuje mnie tak wykreowany bohater. Potrafi on pociągnąć tłum, ale i wzruszyć, jest w nim szalona pasja, ale i mądra refleksja. Największą miłość Kościuszki, Ludwikę Sosnowską, gra świetna Ewa Szlempo-Kruszyńska. Ich duet o końcu ich miłości to jedna z najpiękniejszych spektaklowych piosenek. Emose Uhunmwangho jako Grippy wnosi w spektakl ogrom ciepła i humoru, udanie równoważąc poważny ton. Znakomicie Niemcewicza i Kołłątaja zagrali Dominik Ochociński i Marek Nędza, a piosenka tego drugiego o lubieniu, a czasem nawet miłości Polski, mocno mnie poruszyła. Postać króla Stanisława Augusta Poniatowskiego pokazana została niestety dość jednowymiarowo, acz Albert Pyśk (m.in. w zjawiskowym biało-czerwonym płaszczu) sprawdza się znakomicie. Jednym z najmocniejszych punktów spektaklu był dla mnie wątek Anieli, którą brawurowo zagrała Wiktoria Glińska. Panowie mogliby uczyć się od niej przeklinania. Ogień, który płonął w jej oczach, i pasja, z jaką mówiła, śpiewała i grała, zdołałyby zaopatrzyć w energię elektryczną małe osiedle. Rzadko chwalę Justynę Woźniak, ale jej kreacja Izabeli Czartoryskiej bardzo mi się podobała. Dobrze w swoich rolach sprawdzili się Bartosz Picher (przede wszystkim jako Wojtek Bartos), Klaudia Waszak, Mateusz Tomaszewski, Dawid Suliba (świetna scena z carem), Adam Hadi, Tomasz Leszczyński, Katarzyna Granecka, Bartosz Horbowski, Karolina Klich / Zofia Banasik, Igor Jatel, Bartosz Kwiatkowski, Bożena Bukowska, Zofia Zełep-Krasowska, Kamila Wiklińska, Angelika Bosacka, Mateusz Brenner, Jacek Skoczeń, Hubert Kowalczyk, Oskar Kusiołek.
W obsadzie moją uwagę przykuły Magdalena Szczerbowska i Elżbieta Kłosińska, grające polską lewicę i polską prawicę. Pomysł wydawał się intrygujący, ale jeśli ktokolwiek bez przeczytania programu czy recenzji domyśli się, co panie robią na scenie i po co tam są, to chylę czoła. Znów zabrakło niestety pomysłu, by dobrą ideę doprowadzić do końca.
"Kościuszko" to widowiskowy musical, który na pewno zapadnie w pamięć i ze względu na tematykę będzie grany długo, także dla szkół. Musical przypomina losy Kościuszki i pozwala zobaczyć polityka z naszych marzeń - człowieka bez reszty oddanego polskim sprawom. Niestety wiele inscenizacyjnych wyborów sprawia, że całość wywołuje we mnie wątpliwości. I chyba znów nie udał nam się ten "pozytywny mit", o który marzyli twórcy innego historycznego musicalu, czyli "1989".
Ocena spektaklu: ⭐⭐⭐⭐⭐⭐/10
Jeśli moja recenzja na coś Ci się przydała i cenisz sobie niezależny głos mówiący o teatrze z perspektywy zwykłego widza zapraszam do postawienia mi wirtualnej kawy klikając w link: https://buycoffee.to/kulturalnykonferansjer. Nawet kilka złotych stanowi dla mnie ogromną motywację i wsparcie. Zachęcam też do obserwowania moich profili na Facebooku, Instagramie oraz YouTube. Dziękuję, że tu jesteś! Do zobaczenia na teatralnych szlakach lub Twoim wydarzeniu, które mogę poprowadzić.
