Alicja w Krainie Czarów
Reżyseria: Justyna Łagowska Teatr: Teatr Śląski im. S. Wyspiańskiego w Katowicach
Data publikacji: czwartek, 26.03.2026
Ocena: 7/10
Zaczęło się od chaosu i w tym momencie ten spektakl był najlepszy. Właśnie tak wyobrażam sobie podróż przez Krainę Czarów – jako szalony rollercoaster, a nie grzeczną jazdę wytyczonymi koleinami, w które niestety spektakl wpadał. Nie mniej "Alicja w Krainie Czarów" Teatru Śląskiego w Katowicach w reżyserii Justyny Łagowskiej to wciąż świetna zabawa dla dzieci i doskonały sposób na nie tylko prezentację klasycznego tekstu, ale i przekazanie młodym widzom kilku życiowych lekcji.
Na początku warto pochwalić plastykę, bo tej baśni chyba nie da się udanie opowiedzieć bez niej (za scenografię odpowiada reżyserka spektaklu, Justyna Łagowska). Labirynt w połączeniu ze świetną grą świateł (Piotr Roszczenko) i projekcjami wideo (Szymon Suchoń na podstawie rysunków Leny Wajs) sprawdzał się wybornie, udanie pokazując nam efekt spadania, rośnięcia czy zmniejszania bohaterki. Aż szkoda, że zabrakło tych projekcji w II akcie. Ciekawe i nieoczywiste są też kostiumy (Konrad Parol), które - zwłaszcza w przypadku królików - robiły ogromne wrażenie.
Piszę królików, bo tych białych jest tu całkiem sporo i towarzyszą widzom już od foyer. Gdy zaczynają biegać po scenie, a do uszu dochodzą do nas dziwne kocie teksty miałem nieodparte wrażenie, że w tym szaleństwie jest metoda i chcę go oglądać więcej. Niestety, jak wspominałem potem odhaczamy już tylko kolejne lepsze lub gorsze sceny z bohaterami, a całość przedzielają piosenki. Brakuje mi tu bardzo jakichś łączników tych scen, płynnego przechodzenia w kolejne epizody. I choć są one dobre i mądre (może nieco zbyt intelektualne, no ale w końcu za tekst odpowiadał Michał Rusinek; muzyka jest autorstwa Rafała Matuszaka), to miałem wrażenie, że średnio pasują do tej opowieści i nadając jej przewidywalny rytm jednocześnie ją spowalniają. Zabrakło mi też jakiegoś większego wokalnego popisu zbiorowego, bowiem w zasadzie ograniczono się do śpiewającej Alicji.
Największą siłą spektaklu jest wiarygodność głównej bohaterki - to kolejna znakomita rola Aleksandry Bernatek, której wierzy się od pierwszych chwil. To bohaterka z którą chcę się przeżywać przygody - zadziorna, współczesna, ciekawa siebie i świata. Znakomicie uzupełnia ją kot grany przez Dariusza Chojnackiego (w dublurze Mateusz Znaniecki) - w jego śmiechu, półsłówkach i niedopowiedzeniach odbijała się cała filozofia tej postaci, a kontrast, jaki stanowił dla Alicji, wybrzmiewał znakomicie. To jeden z lepszych teatralnych duetów. Nieco rozczarowała mnie scena z Kapelusznikiem i Marcowym Zającem (Aleksandra Przybył i Katarzyna Błaszczyńska) - chyba była zbyt spokojna na moje, spotęgowane na przykład filmem, oczekiwania (choć im więcej pojawiało się działań po stronie pani Błaszczyńskiej, tym milej się tę scenę oglądało). Dobrze sprawdzili się Paweł Kempa jako Jajo Bajo, Marcin Szaforz jako Gąsienica oraz Kateryna Vasiukova (Suseł), Jakub Fret (Gryfon), Arkadiusz Machel (Kucharka) i Michał Piotrowski (Biały Królik). W królewskiej parze granej przez Aleksandrę Fielek i Dawid Kobiela prym zdecydowanie wiedzie ten drugi, który zalicza kolejną świetną rolę poza macierzystym Teatrem Ateneum (z tej sąsiadującej z Teatrem Śląskim sceny w spektaklu grają też Grzegorz Eckert, Katarzyna Prudło i Bartosz Socha). Słabszym punktem spektaklu był Paweł Kruszelnicki. Nie wiem czy jego zastępstwo Marcina Gawła w roli Księżnej było jednorazowe (na stronie wymieniony jest jedynie Gaweł), ale aktorska szarża wypadała dość blado i manierycznie. Generalnie miałem wrażenie, że oglądany przeze mnie spektakl był dla aktorów jakiś wyjątkowo ciężki i nawet ci dobrzy (pomijając wspomnianą na początku dwójkę), wypadali nieco (lub nieco więcej) poniżej oczekiwań i gubili tempo.
Trochę szkoda, że nie zdecydowano się na historię trochę bardziej szaloną i nieprzewidywalną, trochę więcej scen zbiorowych i celnych wolt, wreszcie na mniej nostalgiczną pointę. Przy czym - tradycyjne w takim przypadku zastrzeżenie - nie jestem targetem tego dzieła. Dzieci obok mnie na widowni oglądały go, niczym zaczarowane. Nawet siedzący tuż przy mnie młody człowiek w typie wszechwiedzącego rozrabiaki, obficie komentujący wszystko przed rozpoczęciem spektaklu, oglądał w skupieniu i zaciekawieniu. To chyba lepsza recenzja niż moje refleksje! Ale generalnie, choć zostałem z pewnym niedosytem, to polecam Wam zajrzenie do króliczej nory i podróż przez katowicką Krainę Czarów.
Ocena spektaklu: ⭐⭐⭐⭐⭐⭐⭐/10
