JAROSŁAW CISZEK

Historia pewnego kłamstwa

Reżyseria: Max Nowotarski     Teatr: Teatr Śląski im. S. Wyspiańskiego w Katowicach
Data publikacji: środa, 13.05.2026

Ocena:   4/10

Historia pewnego kłamstwa

Bardzo polecałem Wam ubiegłoroczny dyplom Szkoły Aktorskiej Teatru Śląskiego zatytułowany "Bękarty Bernadety". Tym chętniej i z lepszym nastawieniem poszedłem oglądać tegoroczny spektakl dyplomowy jej absolwentów, zatytułowany "Historia pewnego kłamstwa", w reżyserii Maxa Nowotarskiego. I niestety srodze się rozczarowałem...

Tytułowe kłamstwo to słynny "stanfordzki eksperyment więzienny" prof. Zimbardo z 1971 roku. 24 ochotników podzielono losowo na strażników i więźniów w symulowanym więzieniu, chcąc sprawdzić jak nowa sytuacja i poczucie anonimowości wpłynie na zachowanie człowieka. Szybko okazało się, że uczestnicy weszli w role tak głęboko, że badanie przerwano m.in. z powodu brutalności strażników. Choć eksperyment wciąż jest przytaczany jako użyteczny przykład i dowód, jego wyniki są powszechnie kwestionowane, a lista metodologicznych zarzutów wobec profesora (a w czasie badania naczelnika więzienia) jest ogromna. Wszystkie te kwestie próbowano zamknąć w 1,5 godzinnym spektaklu. Piszę "próbowano", bo niestety powstał dość chaotyczny kolaż z bardzo jasną tezą, przydługimi monologami oraz nie zawsze mądrymi i prawdziwymi dialogami. Niestety to scenariusz Jacka Niemca zdaje mi się być największym problemem tego spektaklu. Moim skromnym zdaniem w zderzeniu z nim polegliby nawet więksi i bardziej doświadczeni aktorzy, niż absolwenci katowickiej szkoły. Tym bardziej, że aktorska drużyna była bardzo nierówna swoim poziomem. Zapewne zagrali najlepiej jak umieli, choć w wielu momentach przy imieniu bohatera w danej scenie notowałem sobie "fałsz". Czasem z wykrzyknikiem, czasem nawet z trzema.

Wydaje mi się, że wiele problemów udałoby się jednak rozwiązać lepszym scenariuszem, ale też mądrzejszą reżyserią. Mój ulubiony "babol" to moment wizyty w "więzieniu" matki jednego z "osadzonych". Czemu w ogóle zdecydowano się w tej realistycznej konwencji na rolę matki, nie mając starszej aktorki, pozostaje dla mnie zagadką (może lepsza byłaby rozmowa telefoniczna?), ale chodzi mi o moment, kiedy strażnik robi jej rewizję osobistą, dokładnie macając po nagich rękach, a jednocześnie nie sprawdzając torebki. Nie rozumiem też sensu trwającego dość długo filmu z Centrum Zimbardo na Nikiszu, w którym aktorzy siedzą przy stole z jego kierowniczką, opisującą im swój pogląd na profesora. Stworzenie z tego osobnego "aktu" (jednego z czterech) to pewne nadużycie. Część ról ociera się o grubo graną parodię (scena wywiadu telewizyjnego), część bywa skrajnie naturalistyczna. Przykładem niech będzie scena przemocy (znakomita zresztą), która niestety powtórzona wielokrotnie i w kilku konwencjach z czasem traciła swój wydźwięk i siłę. Dlaczego w jednej ze scen zdecydowano się skorzystać z mikroportu u jednej z bohaterek? Na reżyserski plus mogę zaliczyć dobre wykorzystanie kamery oraz teatralność narracji w scenie sądowej, z narratorką odpowiadającą za bohaterów. Nie mniej w całości miałem wrażenie raczej chaosu oraz tego, że (w odróżnieniu od ubiegłorocznego dyplomu) nie każdy miał równą szansę wykazania się. I nie każdy dobrze ją wykorzystywał.

Nie chciałbym tu krytykować zaczynających swoją drogę aktorów, którzy mnie nie przekonali, za to kilku przekonało mnie na tyle, że warto ich tu wspomnieć. Na pewno zapadła mi w pamięć Weronika Rogala, choć do wypowiedzenia dostała tylko dwa słowa. Trochę szkoda, że jej aktorski dyplom pokazywał ją niemal wyłącznie w ruchowej etiudzie jako ofiarę przemocy, acz zagrała to naprawdę znakomicie, a jej mina i ciało mówiły i wyrażały więcej, niż przydługie monologi. W pamięć zapadł mi też Bartłomiej Wąsik w podwójnej roli - mam wrażenie, że wypadł najbardziej wiarygodnie. Dobre i przekonujące momenty miał też Jakub Sikorski. Pozostali aktorzy mieli (lub nie) momenty lepsze, ale niestety też całkiem sporo tych zupełnie nieprzekonujących. Acz wciąż uważam, że winę za to ponoszą w dużej mierze scenariusz i reżyseria, które okazały się największymi wrogami młodych aktorów. Chyba nie tak powinien wyglądać spektakl dyplomowy, mający pokazać ich z jak najlepszej strony. Wolałbym napisać bardziej entuzjastyczny tekst, nie mniej oczywiście sami przekonajcie się, jak odbierzecie ten zapis eksperymentu Zimbardo oraz to, co z niego wynika. Jedno trzeba spektaklowi przyznać - warto wracać do pytania skąd w człowieku bierze się zło i okrucieństwo, warto przestrzegać przed nim, przed jego bagatelizowaniem i zbyt łatwym usprawiedliwianiem okolicznościami. 

Ocena spektaklu: ⭐⭐⭐⭐/10


Recenzja wideo:


Galeria: