JAROSŁAW CISZEK

Udręka życia

Reżyseria: Michał Piotrowski     Teatr: Teatr Śląski im. S. Wyspiańskiego w Katowicach
Data publikacji: czwartek, 15.10.2026

Ocena:   8/10

Udręka życia

Co sprawia, że w czasie kiedy w Polsce rozpada się ok. 40% małżeństw, a ponad 50% kobiet i ponad 60% dorosłych mężczyzn poniżej 24. roku życia jest singlami, ludzie są ze sobą przez 50, a czasem nawet i więcej lat? Miłość? A może tylko lęk przed samotnością lub przyzwyczajenie? Wynosimy tych "związkowych tytanów" na piedestał, nagradzając ich medalami za długoletnie pożycie małżeńskie, a tymczasem Hanoch Levin w "Udręce życia" snuje smutną refleksję o dojrzałej miłości. Tekst ten w swoim spektaklu wyreżyserowanym przez Michała Piotrowskiego przypomniał Teatr Śląski w Katowicach.

Pamiętam, że pierwszy raz zderzyłem się z "Udręką życia", oglądając kilkanaście lat temu zarejestrowany dla Teatru Telewizji spektakl Teatru Narodowego w Warszawie z Anną Seniuk i Januszem Gajosem w rolach głównych (reżyserowany przez Jana Englerta). Jakież to było odkrywcze! Zauroczyły mnie dwie sprawy - jak często potrafimy mówić ludziom najgorsze rzeczy tylko dlatego, że boimy się lub nie umiemy im powiedzieć "kocham". To niesamowite, jak w tym tekście spod gruboskórnych słów o niekochaniu przebija się miłość, choć zdecydowanie inna od tej, którą opiewali w wierszach romantyczni poeci. Nienawiść zawsze jest łatwiejsza do zakomunikowania niż miłość, a nieprzepracowane emocje kipią i wybuchają w mało romantyczny sposób. Drugą zaś fascynującą rzeczą (która wybrzmiewa też choćby w "Zimowym pogrzebie" tego samego autora) jest obsesyjny lęk, że będziemy zapomniani. Zupełnie jakby pamięć była rzeczywistym wyznacznikiem i dowodem istnienia na ziemi.

Bohater "Udręki życia", Jona Popoch, po ponad 50 latach życia u boku swojej żony Lewiwy, pewnej bezsennej nocy, pogrążony w smutku i poczuciu niespełnienia, postanawia zakomunikować jej swoje odejście. W ich tragikomicznej rozmowie narasta żal, ale i przywiązanie, wściekłość na swoją starość i obwinianie o nią współmałżonka. Po 50 latach takie wyznanie mogłoby zaskakiwać, ale czy można jeszcze zaskoczyć kogoś, z kim dzieliło się niemal całe życie? A może to już kolejna próba odejścia? Dziesiąta, setna... Nieczęsto mam okazję porównywać tak różne realizacje tego samego tekstu (wersję z Teatru Narodowego znajdziecie na portalu Ninateka), ale to ciekawe, jak odmiennie od siebie rolę Lewiwy wykreowały Anna Seniuk i Bogumiła Murzyńska (mająca obecnie 86 lat - SIC!). Ta pierwsza była w zainicjowanej przez męża awanturze równorzędnym partnerem, nie pozostawała dłużna, odgryzała się, grała w tę samą grę. Lewiwa Murzyńskiej jest bardziej wycofana, delikatna, tkliwa i czuła. I choć gra to przepięknie, wobec jej postawy emocje Jony Popocha, granego przez Jerzego Głybina, wydają się jeszcze mniej zrozumiałe. Aktor kreuje swoją postać jeszcze ostrzej niż Janusz Gajos. Zwłaszcza jego drastyczny wybuch po chwilowym pojednaniu jest tak nienaturalnie ostry, że przywodzi na myśl nie człowieka przeżywającego osobiste dramaty, lecz osobę z zaburzeniami świadomości. A taka interpretacja odziera tę postać z całej refleksyjności i tragizmu.

Niestety w kilku miejscach spektakl po prostu grzęźnie i dramaturgicznie siada, jakby zabrakło determinacji, by wyciąć pewne fragmenty lub poprowadzić je mocniej. Na szczęście całość mocno ożywia wejście trzeciego bohatera - Gunkela, którego gra Andrzej Warcaba (w warszawskiej inscenizacji grał go Włodzimierz Press). Nie jestem fanem pana Andrzeja, ale to kolejna (po "Jakobim i Leidentalu" sprzed lat) jego absolutnie fenomenalna rola w tekście Levina! Był idealnym Gunkelem - zrozpaczonym, ale i natrętnym, pełnym rozpaczy i nadziei. Wniósł na scenę tyle świeżości, oddechu i radości, że jego kreacja zasługuje na najwyższe uznanie. Jedyne, co wzbudziło moje wątpliwości (ale to uwaga raczej do reżysera), to wymowa charakterystyczna dla spektaklowych Żydów, którą posługuje się w większości swojego tekstu (używa jej też w kilku momentach spektaklu Jerzy Głybin, przy czym to właśnie u Warcaby jest ich najwięcej). To właśnie w samotności tej postaci bohaterowie odbijają swoje frustracje, dochodząc do wniosku, że może jednak lepsza jest swoja i stara bieda niż niepewna samotność.

Pochwalić trzeba piękną scenografię Radosi Niezgody, uzupełnioną projekcjami Yany Maroz. Kostiumy do spektaklu stworzyła Kaśka Dudek, zaś muzykę skomponował Samuel Baron (niestety zwłaszcza na początku, gdy jest odtwarzana w czasie tekstu Jony, nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że jest jej za dużo).

Podsumowując - nie jest to idealna realizacja, ale ze względu na wybitnych aktorów i znakomity tekst warto zobaczyć ten spektakl w Teatrze Śląskim, bardziej dociekliwym polecam również obejrzenie realizacji Teatru Narodowego. Starość bywa niewdzięczna, ale i o tym warto opowiadać - choćby po to, by nie odkładać na później słów, które wciąż mogą wiele zmienić. Może to dobra okazja, by zawczasu powiedzieć komuś bliskiemu słowo "kocham", zanim tłamszone przez lata zmieni się w "nienawidzę".

Ocena spektaklu: ⭐⭐⭐⭐⭐⭐⭐⭐/10

Jeśli moja recenzja na coś Ci się przydała i cenisz sobie niezależny głos mówiący o teatrze z perspektywy zwykłego widza zapraszam do postawienia mi wirtualnej kawy klikając w link: https://buycoffee.to/kulturalnykonferansjer. Nawet kilka złotych stanowi dla mnie ogromną motywację i wsparcie. Zachęcam też do obserwowania moich profili na Facebooku, Instagramie oraz YouTube. Dziękuję, że tu jesteś! Do zobaczenia na teatralnych szlakach lub Twoim wydarzeniu, które mogę poprowadzić.


Recenzja wideo:


Galeria: