Frankenstein
Reżyseria: Kamil J. Przyboś Teatr: Teatr Avatar
Data publikacji: poniedziałek, 09.02.2026
Ocena: 5/10
Niemal dokładnie rok temu oglądałem widowisko taneczno-akrobatyczne "Prometeusz" (link do recenzji) i choć było to wyjście z mojej naturalnej, teatralnej bańki, bawiłem się dobrze. Tym razem na z założenia podobnego w formule "Frankensteina" zaprosił mnie (za co jestem niezwykle wdzięczny) Teatr Avatar. Spektakl objeżdża całą Polskę, ja oglądałem go w Krakowie. I niestety odczuwam pewien niedosyt.
Reżyserem obu widowisk jest Kamil J. Przyboś, ale tym razem jako autor adaptacji zdecydował się na bardziej klasyczną formułę teatralną, gdzie układom choreograficznym towarzyszą sekwencje tekstowe. Bywa ta adaptacja świeża (powracający i ciekawy, choć momentami nieco przydługi i zbyt statyczny wątek narratorki czytającej książkę), bywa niestety przyciężka, gdy aktorzy muszą mierzyć się z tekstem, który sprawdza się w epistolarnej powieści, ale już na scenie brzmi kiepsko. Ja wiem, że chciano zachować nieco archaiczny klimat, jednak zdanie do ukochanego "Wiesz dobrze, Wiktorze, że już od naszych lat dziecięcych rodzice Twoi marzyli o tym, byśmy kiedyś wstąpili w związek małżeński" wypowiedziane brzmi po prostu źle. Nie podobała mi się też scena w sądzie z tamtejszymi przemowami, ale już na przykład monolog potwora, choć przydługi, robił wrażenie. Niestety nieco zawiodła mnie mała ilość akrobatycznych ewolucji (choć ich jakość jest pierwszorzędna. Aktorzy na linach, wstęgach i kołach zmienionych w żyrandol robią rzeczy wspaniałe. Zjawiskowo wypada scena ocierająca się tu o symbolizm scena egzekucji, ale też to, co wyprawia główny bohater), ale przede wszystkich choreografia (autorstwa Ady Pankowskiej-Michalczyk), którą taki teatr powinien stać najmocniej. Pomijam, że zbiorowe układy nie były idealnie synchroniczne, ale przede wszystkim zabrakło mi w tym wszystkim jakiegoś efektu wow, choreograficznego pomysłu, który zapadałby w pamięć i zaskakiwał bardziej niż kolejne zombie-popisy. Na tym tle chyba najlepiej wypada balowy kawałek w stylu lat 20 oraz odtworzenie sceny łudząco przypominającej słynną "Lekcję anatomii doktora Tulpa" Rembrandta.
Choć nie mamy tu do czynienia z muzyką oryginalną, to playlista robi znakomite wrażenie i muzyka brzmi dobrze. Absolutnie znakomicie prowadzone jest światło (za jego reżyserię odpowiada Marcin Smiatek), które wobec scenografii ograniczonej do jednego stołu i teatru cienia staje się głównym budulcem nastroju i zmian przestrzeni. Na pochwałę zasługują też kostiumy autorstwa Katarzyny Pawarskiej.
Czy udało się oddać gotycki klimat grozy? Momentami rzeczywiście tak. Ale ta historia to bardziej studium przypadku człowieka, który chciał zabawić się w Boga. Zresztą podtytuł powieści (o czym nie wiedziałem) brzmi "Współczesny Prometeusz". Ciekawe jest też bardzo współczesne odczytanie rodzenia się w człowieku potwora przez odrzucenie i przemoc oraz to jak nasz wygląd zaczyna determinować nie tylko zachowanie innych wobec nas, ale w końcu nasze własne. Widać, że realizatorom spektaklu bardzo zależało na przekazaniu tych rozważań i pomimo, że moim zdaniem udało się to jedynie połowicznie, warto pochwalić tę realizacyjną ambicję. Myślę, że można się po tej grupie spodziewać jeszcze wiele dobrego, tym bardziej, że nie tak łatwo zapewne znaleźć osoby umiejące tak znakomicie połączyć wymagające ogromnej siły i sprawności talenty akrobatyczne, jak i aktorskie. Prym wiedzie znakomity Bartosz Król jako dr Wiktor Frankenstein i jest wręcz magnetyczny w swoim przerażeniu i twórczej ekstazie. Dobrze sprawdzają się też Marcin Dawiec (potwór), Klaudia Wójcik (narrator) i Julia Kochetkova (Elżbieta). Przed pozostałą częścią taneczno-akrobatyczno-dramatycznej obsady także chylę czoła. I choć tyle się udało pozostaję z niedosytem i nadzieją, że następnym razem uda się jeszcze lepiej sprzedać nam widzom magię emocji zawartych w ruchu.
Ocena spektaklu: ⭐⭐⭐⭐⭐/10
